Stolica.
Stereotypowo określana jako największa polska wieś. Wieś ze szkła i stali, asfaltu i betonu, pełna spalin, żuli i spoconych biznesmenów. Wieś, do której gawiedź przyjeżdża, bo studia, bo praca, bo pieniądze. Bo sukces.
Przyjechałam i ja.
Prawdziwy sukces, jak wynika z samej jego definicji, winien być opłakany bólem, trudem i poświęceniem, inaczej żadną miarą nie mamy do czynienia z sukcesem prawdziwym, lecz pozornym, osiągniętym tylko dzięki parszywemu szczęściu niegodziwca urodzonego w złotym czepku. Dla pocieszenia, głównie tych ambitnych, definicja mówi także, że owy sukces (pozorny) jeśli nie minie jutro, minie pojutrze.
Definicje nie zawsze są zgodne z prawdą, ale to fakt niekoniecznie faktyczny, bo z definicjami się przecież nie polemizuje. Wszyscy to wiedzą.
Niepodważalność prawd oczywistych nie zawsze jest jednak dla nas na tyle oczywista, żeby nie snuć marzeń o sukcesie nagłym, łatwym i wielkim. Każdy z nas zamykając wieczorem oczy widzi siebie w otoczce mniej, lub bardziej realnej, ale na pewno nakreślonej gigantycznym sukcesem. Bo właśnie taki jest nasz wspólny mianownik, moi mili. Sukces.
Znacie kogoś, kto sukces osiągnął? I to na tyle okazały, że teraz jedynym zmartwieniem owej persony jest dylemat, w co zainwestować? Czwarty samochód, czy domek pod Warszawą? A może jedno i drugie?
Ostatnio poznałam taką osobę.
Bogatą, elegancką, wiedzącą. Oraz na tyle uczynną, że skłonna była dać mi kilka wskazówek odnośnie mojego przyszłego sukcesu, mniej lub bardziej realnego, wiadomo.
Jak to bywa wśród tej właśnie sfery społecznej, uciemiężonej, po wielu przejściach, z plecakiem rad i garbem od jego dźwigania, opowieści o zawiłej drodze do upragnionego szczęścia są głównym tematem do rozmów z plebsem. Zostałam więc uraczona rozmową mentorską, podług której, uwaga (!), jeśli sukces chcę osiągnąć, czeka mnie od 12 do 16 godzin wytężonej harówy dzień po dniu, znaczne ukrócenie życia towarzyskiego (bo o facecie to już teraz mogę zapomnieć) oraz łapanie każdych 5 minut, które spłynęły na mnie niespodziewanie ze sfery niebiańskiej, co, rzecz jasna, powinnam nie tylko odnotować w kalendarzu, ale i uświęcić ołtarzykiem okropionym własnym potem i krwią. Ku chwale cholera wie czego. Ach tak. Szansy. Na sukces.
Muszę się też liczyć z tym, że czasem nie będzie co do garnka włożyć, że oczy będą wyglądać jak dwa węgielki, a w żyłach zacznie płynąć uświęcona smoła zamiast krwi. Muszę się liczyć z krytyką, z nieprzychylnymi spojrzeniami, z zazdrością, niezrozumieniem. Będę upadać, ale muszę wstawać. Wstawać i biec. Byleby nie na oślep, bo to bez sensu. No przecież.
„Tu jest Warszawa, tu takich jak ty jest tysiące. Wykaż się czymś ponad, bo inaczej zmarniejesz, a potem zgnijesz w bezimiennym grobie.
Nie to, co ja.”
Ukłoniłam się, podziękowałam za nieopisaną pomoc i odeszłam zdołowana. Że niby mam rzucić chłopaka, sobie myślę, i przestać spać po 10h? Absurd! Widocznie się do sukcesu nie nadaję, to nie moja bajka, nie moje klocki, a zapomniane groby są niesamowicie inspirujące po zmroku, nieprawdaż? No właśnie. Da się żyć.
Albo i się nie da. No bo w końcu nie po to Warszawa, zupełnie nie po to. Warszawa. Bo sukces. Tak miało być.
Jednak nie będzie to sukces osiągnięty podług zasad wydumanego bogacza w szaliku, który swój żywot opisuje na tyle dramatycznie, że spokojnie mogłabym ten obrazek porównać z widokiem rozczłonkowanych ciał noworodków porozrzucanych po warszawskich polach rolnych. Życie to nie bajka, więc nie ubarwiajmy, ale i nie dramatyzujmy.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz