poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Trochę więcej empatii, ludzie!



Generalnie chodzi o to, że nie lubię ludzi. Trochę się ich nawet boję. Tacy są… różnorodni, nieprzewidywalni, dziwaczni i wo’gle . Nie wyczujesz człowieka, ni cholery. Jeden ci podziękuje, gdy mu ustąpisz miejsca w autobusie, inny na ciebie warknie.

Na przykład dzisiaj. Stoję sobie grzecznie w kolejce do kasy, obładowana zakupami. Patrzę, wnet podchodzi babeczka z batonem. No to z uśmiechem na twarzy, gestem przyjacielskim i wzrokiem ciepłym, rzeczę: „Droga Pani, z najniższą krajową i przetłuszczonymi włosami, styrana życiem i naznaczona siatką rozstępów, niechże Pani przejdzie przede mnie, bom zakupami obłożona i chętna dobry uczynek uczynić, zgodnie z nauką Pitagorasa, że skoro nie wiadomo, to lepiej pomóc. Ależ proszę, proszę”. Na co babeczka, przeklęta krowa, babsztyl niewychowany, z wzrokiem obojętnym, usteczkami w linię poziomą ściągniętymi i gestem obrzydzenia, odpowiada: „No, bo mam tylko batona przecie” i przepycha tłusty tyłek przede mnie. Ani dziękuję, ani, że jaka pani miła, ani nie padnie na kolana z miłością i uwielbieniem, nic. Odwróciła się plecami i stoi. Myślę sobie, ostatni raz! I zlana ciepłym moczem zagryzam wargi. Pomyślałam oczywiście, czy by jej uwagi nie zwrócić, kultury nie nauczyć, z liścia nie strzelić, ale że jestem tchórzem, to tylko zrobiłam jej marchewkę na odchodne, za co oczywiście przeprosiłam.

Nie wyczujesz człowieka, ni cholery.

Jednak najbardziej to nie znoszę, gdy każą mi włazić pomiędzy nieznajomych ludzi i się zapoznawać. Jeny.
„Cześć, to moja dziewczyna – Louis (wcale nie), a to są moi znajomi z pracy:
Kasia
Basia
Zosia
Srasia
Mati
Kami
Seba
i Piotrek.
Poznajcie się.”

I ja jak ta lebiega ostatnia, podchodzę do każdego i mruczę „cześć, hej, miło mi, Louis (wcale nie), hej, cześć”, w międzyczasie czując, jak mi mózg wyparowuje i godność się ulatnia. Owszem, w: „hej wszystkim, mam na imię tak i tak” jest zero godności. Zero. Potem staję jak kołek pod ścianą (gdy się jest pozbawionym godności, przychodzi to o wiele prościej), a wszyscy zerkają na mnie z ukosa, jakbym była trędowata, demonstrując mi, kto w tym stadzie jest wodzem, a kto ofiarą. Ja ofiarą, oczywiście. Co najpierw? Udko? Pośladek? A może pierś? Zacznijcie od piersi, godności i tak już nie mam.

Gadają między sobą w najlepsze, o pracy, rzecz jasna, czyli dokładnie o tym, o czym pojęcia nie mam. Wspominają ludzi, których nie znam i śmieją się z historyjek, o których nie słyszałam. Matko, broń. Czy oni to robią specjalnie? Sobie myślę. Dziwne, że jeszcze nikt nie obsikał kąta, w którym stoję, zaznaczając tym samym terytorium i ofiarę.

W głowie mi huczy, w ustach flaczeje, czuję się poniżona, zgwałcona, odtrącona. Marzę o jakimś pytaniu, jakimkolwiek, wszystko jedno. Gdyby ktoś mnie zapytał o ostatni orgazm, o to, czy golę strefy intymne, albo czy lubię anal, byłabym najszczęśliwszą osobą w towarzystwie. Niestety wszyscy mają mnie w dupie, jednocześnie czując palącą satysfakcję z tego, jak bardzo cierpię.

I nagle podchodzi mój chłopak z zatroskaną miną i pyta : Czy wszystko w porządku, Louis (wcale nie)? Jesteś taka milcząca.
Ręce opadają i ciągną się za człowiekiem, jak dwa ślimaki bez skorupek.
Ja bardzo przepraszam, ale co mam zrobić? Wyjść na środek nie zważając na podstawowe zasady savoir vivre i przejąć inicjatywę?

Cześć! Tak, to ja, Louis (w.n.). Przed chwilą się poznaliśmy, pamiętacie? Widzę, że żadne z was nie chce ze mną gadać, ale to nic nie szkodzi. Pozwólcie, że to ja przejmę pałeczkę, bo chłopak się niepokoi, że czuję się jakaś wyobcowana, czy coś. Mam 21 lat (nieprawda). Tak, tak, piękny wiek, wiem. Studiuję sobie. A wy pewnie zachodzicie w głowę, co. A powiem wam. Polonistykę! Tak, wiem, nie musicie nic mówić, mało przyszłościowy kierunek, ale ja i tak jestem parszywym leniem, więc czy polonistyka, czy medycyna, i tak będę doły kopać. Fajną mam bluzkę, nie? Trochę ufajdałam budyniem, ale prawie nie widać. Okazja. Na Szembeka za 2 dyszki. Pan Franek najlepsze ciuszki sprowadza. Oryginalne. Polecam”.

Po przybliżeniu życiorysu, kilku anegdotkach o moim kocie (psie) i wyniosłym monologu na temat stosunku do aborcji, stwierdzam, że już się znamy jak łyse konie i mogę ich dodać na fejsie.

Tak to ma wyglądać, przepraszam bardzo? Drogie społeczeństwo, tego oczekujesz?

Trochę empatii, ludzie. Wiecie co to, u licha, jest empatia? Potem wychodzi ta cała banda na fajka i mówi : „E, wy, trochę dziwna ta dziewczyna Yellowskiego, nie? Nic się nie odezwie, tylko gapi się jakby chciała komuś krzywdę zrobić. Pojebana jakaś, co nie?”

Jeny, jak ja was nienawidzę.




piątek, 15 sierpnia 2014

Też tak macie?



Zdarza wam się czasem rozmawiać ze sobą? W głowie? Patrząc na migawki sunącego miasta za oknem autobusu linii obojętnej? Mnie się zdarza. Czasem toczę dialogi, czasem monologi, w rezultacie prologi, epilogów nigdy. Na epilog jestem za mało konsekwentna.

Gdy toczę dialog, rozmawiam ze sobą po linii prostej: pyt. – odp. Ja nr 1 i Ja nr 2. Kłócę się, wyprowadzam z błędu, tłumaczę, przedrzeźniam. Samą siebie. Gdy toczę monolog, w mojej głowie pojawia się Empik na Marszałkowskiej. Moja skromna osoba czyta prolog. Popijam zdania wodą i kątem oka zerkam na słuchaczy. Sprawdzam, czy rozumieją. Nie rozumieją. Sama nie rozumiem. A skoro nie rozumiem, to szukam kogoś, kto zrozumieć pomoże (w domyśle – siebie). Wychodzi dialog.

I wtedy dzieje się rzecz całkowicie niesamowita. Koło się zatacza. Mój dialog jest niespójny, argumenty się implikują, powstaje logiczny pat. W końcu to jeden umysł, jedno źródło, nie ma złotego środka, mamy win-win. Wtedy potrzebna jest opcja trzecia, czyli Ja nr 3. Niby wybawienie, a w rzeczywistości straszny kant, bo gdyby to pociągnąć dalej, doszłoby do win-win-win. Error 409. Na szczęście mój mózg i tak nie byłby w stanie tego znieść, więc nie ma problemu. Powstaje monolog. Ja nr 1 i Ja nr 2 jesteśmy spychane w podświadomość, zamykane na klucz, pozbawiane głosu. Monolog płynnie przechodzi w prolog (Empik, woda, fani). Na prologu zazwyczaj się kończy, bo żaden autobus miasta nieistotnego nie ma wystarczająco długiej trasy. Do epilogu nie dobrniemy więc nigdy, prędzej do nekrologu.

Czasem próbuję się uwolnić, odpiąć synapsy i gapić się w przestrzeń nie widząc nic. Nie wychodzi. Wtedy zaglądam w książkę, ale okazuje się, że książka to bodziec, bo zmusza do myślenia, do analizy. Nie tylko spina synapsy, ale i podlewa je tauryną. Odpada. Włączam muzykę. Jakąś strasznie słabą, głupią, popową. Nicki Minaj. Synapsy się rozluźniają, źrenice wracają do normalnych rozmiarów, mózg się wycisza, można by nawet odnieść wrażenie, że wyłącza. Dzięks, Nicki Minaj. Dzięks.

Wczoraj niestety zaspałam. Wystrzeliłam z mieszkania jak z procy, nie wzięłam telefonu. Nie ma tel., nie ma muz. Wzięłam książkę (Karpowicz „Balladyny i Romanse”, super fajna, polecam). Mózg się obudził, podlał literacką kawą, zabrzęczał, wrzasnął. Ledwo dojechałam do pracy. Wykończona, z załzawionymi oczami, w szoku, resztkami sił doturlałam się do biurka. To było straszne. Obiecałam sobie, że już nigdy nie zapomnę Nicki. Nigdy.

W dalszej kolejności totalne odmóżdżenie – 8h przy biurku: fejs, word, excel, fejs, outlook, excel, outlook, word, fejs. W koło Macieju, ciurkiem, do 17. Lenovo w torbę, podpis na karcie, trzask drzwi wyjściowych. Nogi jak z waty, palpitacje serca, urywany oddech – spacer na przystanek. Podjeżdża 503 (wcale nie), wsiadam. Miejsce przy oknie, po lewej, czoło na szybę. Babcia obok, prosi o potrzymanie torby. Potrzymałam. Usiadła. Wzięła torbę. Pyta: Czy wszystko dobrze? Nie. – odpowiadam. Kręci głową. Chcesz cukierka? – pyta znowu. Jakiego? – pytam w odpowiedzi. Miętus – informuje. Chcę. – biorę. Jak miło, jak miło, jak bardzo miło. Dojeżdżam do domu bez szwanku. Idę do sklepu, kupuję miętusy. I wino. Hihi. Mieszkanie puste. Komp on. Pierogi z truskawkami z Biedry. Głupi serial. Naczynia. Wino, jedna lampka. Tel. do Yellowskiego. Cześć, jak się masz, super, nic ciekawego, zjadłam, pierogi z Biedry, nie wiem z ilu biedronek, nic, w domu, ja ciebie też, buźka, pa. Wino, druga lampka. Myju, myju. Godz. 20. Idę spać.

Też tak macie, hm?



środa, 13 sierpnia 2014

Ewolucja.



Warszawa jest specyficznym miastem. Ogrom przeróżnych ludzi mijanych ulicą sprawia, że nawet osoba mieszkająca tu od urodzenia od czasu do czasu czuje się wyobcowana. Tutaj nie da się być alternatywnym, nie da się być oryginalnym, zawsze znajdzie się ktoś bardziej naj.

Czy mi to przeszkadza? Ani trochę. Co więcej, podoba mi się. Lubię różnorodność, lubię inność, lubię obserwować.

Ostatnio wybrałam się do znanych wszystkim Warszawiakom złotych tarasów. Na holu miał wówczas miejsce jakiś dziwaczny pokaz mody, prowadzony przez chuderlawą Burzyńską, który, tak naprawdę, nie przyciągał żadnej widowni. Biedaczka gadała i gadała, męczyła się, powtarzała i jednocześnie mówiła do samej siebie. Kupiłam kawę, usiadłam tyłem do całego show, z jednej strony słuchając nieszczęsnej Kasi i podziwiając jej niemałą, skądinąd, elokwencję, z drugiej obserwując, mężczyzn głównie.

Pierwsza myśl, która przewinęła mi się wówczas przez głowę, brzmiała mniej więcej: "na Boga! no ale gdzie Ci mężczyźni?!" Ano właśnie. Nie ma.

Kobiety często narzekają, że coraz trudniej spotkać prawdziwego faceta z krwi i kości, że zamiast twardego marmuru ociekającego testosteronem, dostają rozmemłane podróbki, karykatury kobiet, paskudne, wyperfumowane namiastki mężczyzny. W galeriach handlowych takich panów na pęczki, w końcu gdzieś trzeba się stylizować.

Czy ich piętnuję? A skąd. Czy mi przeszkadzają? Ani trochę. Czy chciałabym mieć takiego w łóżku? Ni cholery.

Oglądając coraz to nowsze stylizacje na męskich tyłkach, zaczęłam się zastanawiać... dlaczego. Dlaczego panowie tak bardzo się do nas upodabniają? Czasu na rozmyślania miałam wówczas sporo i doszłam do następujących wniosków, którymi chciałabym się teraz podzielić z internetem.

Mianowicie.

To kwestia ewolucji jest, mhm. Tylko i wyłącznie. No jak mi Bóg miły. To zagadnienie czysto biologiczne.

Mężczyźni są silniejsi od kobiet, lepiej zbudowani, bardziej logiczni i zdecydowani. Posiadanie takich cech wymusiła na nich natura.Kiedyś facet, żeby zapewnić rodzinie byt, łapał za dzidę i szedł upolować prosiaka, jechał w pole i orał 5 dni, żeby potem 2 dni sadzić kartofle, stawiał dom dźwigając pustaki i własnoręcznie mieszając zaprawę. Dzisiejsza rzeczywistość nie wymaga już od mężczyzny takich poświęceń. Dzisiaj dobrze zbudowanego faceta spotykamy na kasie w Tesco. Nastąpił konflikt, a mężczyźni, którzy już nie potrzebują takich przymiotów, jakie jeszcze 100 lat temu były im konieczne, zaczęli ewoluować. I powoli przeistaczają się w kobiety.

Tak więc nie śmiejcie się z panów z zaczeskami, w skórzanych bucikach, w bluzeczkach w serek, przez które prześwitują sutki i w rurkach opinających skrzętnie ich coraz to mniejsze klejnociki. Są oni obecnym szczytem ewolucyjnym mężczyzny. Ci się już podporządkowali naturze. Z biegiem czasu zaczną i inni.

Konkluzja?

Drodzy panowie, którzy nadal za prawdziwych mężczyzn się uważacie, miejcie się na baczności. Wasz koniec jest bliski.


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Love sucks.


I jeśli ma się chociaż odrobinę rozsądku, winno się trzymać od niej z daleka. Nie ma bowiem szczęśliwej miłości, bo każdy, najdrobniejszy zgrzyt między zakochanymi jest bólem nie do zniesienia, ukłuciem spinającym wszystkie mięśnie i ściskającym gardło. Zwykła sprzeczka staje się przejściowym końcem świata, a podniesienie głosu lawiną smutku przecinającą na wskroś. I jak tu wytrzymać w takiej rzeczywistości? Miłosna sielanka co jakiś czas zakłócana jest otchłanią piekielną, która daje ci się we znaki tak bardzo, że chcąc nie chcąc, w końcu sprowadzasz ją na siebie mimowolnie, w dodatku z coraz to większą częstotliwością. Kłótnie się nasilają, a ty coraz bardziej słabniesz. Błędne koło, które nie przestaje się kręcić. A co, jeśli jesteś słabeuszem? Rezygnujesz z chwil sielanki, bo chwile piekła cię wyżerają, osłabiają i powoli uśmiercają. Tylko że rezygnacja, moi drodzy, to nic innego, jak zejście po osmolonych schodach w dół i oznajmienie "wygrałeś, mroku. a teraz mnie zjedz". I je. Po kawałku. Z początku gryzie zawzięcie, szybko i boleśnie, bo tylko czekał, aż pojawisz się w zasięgu jego macek. Lecz z biegiem czasu zacznie się tobą nudzić, przejesz mu się, odstawi cię na bok, a ból przygaśnie. Jednak nigdy o tobie nie zapomni, pamiętaj. Zawsze będzie mógł powrócić i pobawić się tobą, bo przecież każdy lubi od czasu do czasu sięgnąć do pudełka z rupieciami i powspominać.

Miłość nie istnieje, chyba że to, co nazywamy miłością, nie niesie ze sobą pełni szczęścia. A przecież o to chodziło, nie? Miłość miała być szczęściem.


niedziela, 10 sierpnia 2014

Fuck.



Jestem kobietą i nie rozumiem tych podziałów, różnic, granic pomiędzy tym, co nam wolno, a czego nie wypada. Nie będę tu generalizować, lecz skupię się na konkretnym zjawisku, które mnie nie tyle drażni, co po prostu śmieszy.

Kwintesencją przeklinania jest to, że wyraża masę emocji, nie tylko tych negatywnych, ale i jak najbardziej pozytywnych. Niestety ta wyborna słodycz, która nieraz goi nasze zszargane nerwy, jest zabroniona, przede wszystkim nam, kobietom. Niewiasta posługująca się tak plugawym językiem jest od razu spisywana na straty. 

Przekleństwa kobiet godzą w poczucie estetyki mężczyzn, budzą w nich niesmak i pogardę, mimo że przecinkowa "kurwa" sama w sobie nie jest im obca. 

Jednak to, że panowie nie lubią, gdy kobieta popierdala z kurwą na ustach, nie zmienia faktu, że ona, jak wykwintną damą by nie była, czasem ma ochotę i potrzebę tak sobie ponapierdalać.


So deal with it, man.



piątek, 8 sierpnia 2014

To, co nas podnieca.


Warszawa.

Stolica.

Stereotypowo określana jako największa polska wieś. Wieś ze szkła i stali, asfaltu i betonu, pełna spalin, żuli i spoconych biznesmenów. Wieś, do której gawiedź przyjeżdża, bo studia, bo praca, bo pieniądze. Bo sukces.

Przyjechałam i ja.

Prawdziwy sukces, jak wynika z samej jego definicji, winien być opłakany bólem, trudem i poświęceniem, inaczej żadną miarą nie mamy do czynienia z sukcesem prawdziwym, lecz pozornym,  osiągniętym tylko dzięki parszywemu szczęściu niegodziwca urodzonego w złotym czepku. Dla pocieszenia, głównie tych ambitnych, definicja mówi także, że owy sukces (pozorny) jeśli nie minie jutro, minie pojutrze.
Definicje nie zawsze są zgodne z prawdą, ale to fakt niekoniecznie faktyczny, bo z definicjami się przecież nie polemizuje. Wszyscy to wiedzą.

Niepodważalność prawd oczywistych nie zawsze jest jednak dla nas na tyle oczywista, żeby nie snuć marzeń o sukcesie nagłym, łatwym i wielkim. Każdy z nas zamykając wieczorem oczy widzi siebie w otoczce mniej, lub bardziej realnej, ale na pewno nakreślonej gigantycznym sukcesem. Bo właśnie taki jest nasz wspólny mianownik, moi mili. Sukces.

Znacie kogoś, kto sukces osiągnął? I to na tyle okazały, że teraz jedynym zmartwieniem owej persony jest dylemat, w co zainwestować? Czwarty samochód, czy domek pod Warszawą? A może jedno i drugie?

Ostatnio poznałam taką osobę.
Bogatą, elegancką, wiedzącą. Oraz na tyle uczynną, że skłonna była dać mi kilka wskazówek odnośnie mojego przyszłego sukcesu, mniej lub bardziej realnego, wiadomo.

Jak to bywa wśród tej właśnie sfery społecznej, uciemiężonej, po wielu przejściach, z plecakiem rad i garbem od jego dźwigania, opowieści o zawiłej drodze do upragnionego szczęścia są głównym tematem do rozmów z plebsem.  Zostałam więc uraczona rozmową mentorską, podług której, uwaga (!), jeśli sukces chcę osiągnąć, czeka mnie od 12 do 16 godzin wytężonej harówy dzień po dniu, znaczne ukrócenie życia towarzyskiego (bo o facecie to już teraz mogę zapomnieć) oraz łapanie każdych 5 minut, które spłynęły na mnie niespodziewanie ze sfery niebiańskiej, co, rzecz jasna, powinnam nie tylko odnotować w kalendarzu, ale i uświęcić ołtarzykiem okropionym własnym potem i krwią. Ku chwale cholera wie czego. Ach tak. Szansy. Na sukces.

Muszę się też liczyć z tym, że czasem nie będzie co do garnka włożyć, że oczy będą wyglądać jak dwa węgielki, a w żyłach zacznie płynąć uświęcona smoła zamiast krwi. Muszę się liczyć z krytyką, z nieprzychylnymi spojrzeniami, z zazdrością, niezrozumieniem. Będę upadać, ale muszę wstawać. Wstawać i biec. Byleby nie na oślep, bo to bez sensu. No przecież.

„Tu jest Warszawa, tu takich jak ty jest tysiące. Wykaż się czymś ponad, bo inaczej zmarniejesz, a potem zgnijesz w bezimiennym grobie.
Nie to, co ja.”

Ukłoniłam się, podziękowałam za nieopisaną pomoc i odeszłam zdołowana. Że niby mam rzucić chłopaka, sobie myślę, i przestać spać po 10h? Absurd! Widocznie się do sukcesu nie nadaję, to nie moja bajka, nie moje klocki, a zapomniane groby są niesamowicie inspirujące po zmroku, nieprawdaż? No właśnie. Da się żyć. 

Albo i się nie da. No bo w końcu nie po to Warszawa, zupełnie nie po to. Warszawa. Bo sukces. Tak miało być.

Jednak nie będzie to sukces osiągnięty podług zasad wydumanego bogacza w szaliku, który swój żywot opisuje na tyle dramatycznie, że spokojnie mogłabym ten obrazek porównać z widokiem rozczłonkowanych ciał noworodków porozrzucanych po warszawskich polach rolnych. Życie to nie bajka, więc nie ubarwiajmy, ale i nie dramatyzujmy.
A ja, kurde blade, sukces osiągnąć planuję, ale po swojemu. Z chłopakiem. Po całonocnym seksie. I odrobinie snu.





czwartek, 7 sierpnia 2014

Dziś piję wodę z kieliszka.


Stoję na balkonie i palę. Nigdy tego nie robiłam, bo ani niezdrowe, ani niesmaczne. Jednak palę. Nikotyna wnika w pień mózgowy, a dym w dłonie i włosy. Stoję, palę i myślę. Zastanawiam się, czy mam coś do powiedzenia. Chyba mam, bo w końcu każdy ma. Że prezydent nie taki, że ksiądz głupoty gada, że kwiatki na osiedlu brzydkie posadzili, że w autobusach klimatyzacji nie włączają, że drogi dziurawe, a chodniki krzywe, że ścieżek rowerowych za mało, biedronek za dużo, a naród obłudny.

Chyba warto mówić, co się ma do powiedzenia, mimo że to mało ważne i nikogo nie obchodzi, bo to oczyszcza. Przynajmniej tak mnie uczyli.

Pytanie tylko, czy warto o tym pisać? Blogi wyrastają teraz jak grzyby po deszczu, jedne mają ładną szatę graficzną i nic poza tym, drugie ładną polszczyznę, ale sensu za grosz, inne błędy, ale spory potencjał. Są blogi poczytne, ale nie wiadomo dlaczego, są zapomniane, a warte przypomnienia, są nieczytane, a przepełnione sensem.
Wszyscy teraz piszą, mimo że mało kto umie. Wszyscy mówią, mimo że mało kto wie o czym. Wszyscy czytają, ale nie to, co trzeba.
Następuje kulturalna degradacja, bo każdy może. Teatr to już nie teatr, kino to multipleksy, a książki to pornole na papierze. Kto sięga głębiej, kto chce więcej, kto stara się ambitniej, ten zadufany w sobie, ten pseudofilozof, który nie dla siebie, a na pokaz.
Każdy szufladkuje i każdy jest zaszufladkowany, dlatego nie warto przejmować się opiniami, nawet jeśli faktycznie do owej degradacji się przyczyniamy. Spoko, normalka.

Ja oczywiście z góry przepraszam.






środa, 6 sierpnia 2014

Hello! Poznajmy się!


Cześć. Mam na imię Mika (kłamię, wcale nie) i pochodzę z niewielkiej miejscowości w woj. Lubelskim (co za bzdura). Mam 25 lat (mniej) i studiuję polonistykę (akurat prawda). Założyłam bloga, bo… Sama nie wiem. To chyba nie ma znaczenia. Pomińmy. Mam kota (psa) o imieniu Puszek (Mordor), który jest już stary i zdziczały. Kocham go (tak naprawdę mam stosunek obojętny, rzadko go widuję). Planów na przyszłość brak (poza piciem wina i zarabianiem dużych pieniędzy), chłopaka żadnego (pozdrawiam, Yellowski!), kasy niewiele (wina z Biedry do 13 peelen). Stosunek do Holokaustu – światowa tragedia, do Kościoła – gdyby piekło istniało, trafilibyście tam razem z inkwizy… tfu! akwizytorami i ludźmi wymuszającymi pierwszeństwo na drogach. Ulubiony kolor – transparent, muzyka – disko polo (jestem patriotką, największą wtedy, gdy można rzucić Mołotowem w innego patriotę). Nie mam rodzeństwa (mam), ani przyjaciół (też mam). Jestem aspołeczna (bzdura) i kocham Goslinga (przecież on nawet nie jest przystojny). Mam nadzieję, że się polubimy. Kłaniam się, M.