piątek, 15 sierpnia 2014

Też tak macie?



Zdarza wam się czasem rozmawiać ze sobą? W głowie? Patrząc na migawki sunącego miasta za oknem autobusu linii obojętnej? Mnie się zdarza. Czasem toczę dialogi, czasem monologi, w rezultacie prologi, epilogów nigdy. Na epilog jestem za mało konsekwentna.

Gdy toczę dialog, rozmawiam ze sobą po linii prostej: pyt. – odp. Ja nr 1 i Ja nr 2. Kłócę się, wyprowadzam z błędu, tłumaczę, przedrzeźniam. Samą siebie. Gdy toczę monolog, w mojej głowie pojawia się Empik na Marszałkowskiej. Moja skromna osoba czyta prolog. Popijam zdania wodą i kątem oka zerkam na słuchaczy. Sprawdzam, czy rozumieją. Nie rozumieją. Sama nie rozumiem. A skoro nie rozumiem, to szukam kogoś, kto zrozumieć pomoże (w domyśle – siebie). Wychodzi dialog.

I wtedy dzieje się rzecz całkowicie niesamowita. Koło się zatacza. Mój dialog jest niespójny, argumenty się implikują, powstaje logiczny pat. W końcu to jeden umysł, jedno źródło, nie ma złotego środka, mamy win-win. Wtedy potrzebna jest opcja trzecia, czyli Ja nr 3. Niby wybawienie, a w rzeczywistości straszny kant, bo gdyby to pociągnąć dalej, doszłoby do win-win-win. Error 409. Na szczęście mój mózg i tak nie byłby w stanie tego znieść, więc nie ma problemu. Powstaje monolog. Ja nr 1 i Ja nr 2 jesteśmy spychane w podświadomość, zamykane na klucz, pozbawiane głosu. Monolog płynnie przechodzi w prolog (Empik, woda, fani). Na prologu zazwyczaj się kończy, bo żaden autobus miasta nieistotnego nie ma wystarczająco długiej trasy. Do epilogu nie dobrniemy więc nigdy, prędzej do nekrologu.

Czasem próbuję się uwolnić, odpiąć synapsy i gapić się w przestrzeń nie widząc nic. Nie wychodzi. Wtedy zaglądam w książkę, ale okazuje się, że książka to bodziec, bo zmusza do myślenia, do analizy. Nie tylko spina synapsy, ale i podlewa je tauryną. Odpada. Włączam muzykę. Jakąś strasznie słabą, głupią, popową. Nicki Minaj. Synapsy się rozluźniają, źrenice wracają do normalnych rozmiarów, mózg się wycisza, można by nawet odnieść wrażenie, że wyłącza. Dzięks, Nicki Minaj. Dzięks.

Wczoraj niestety zaspałam. Wystrzeliłam z mieszkania jak z procy, nie wzięłam telefonu. Nie ma tel., nie ma muz. Wzięłam książkę (Karpowicz „Balladyny i Romanse”, super fajna, polecam). Mózg się obudził, podlał literacką kawą, zabrzęczał, wrzasnął. Ledwo dojechałam do pracy. Wykończona, z załzawionymi oczami, w szoku, resztkami sił doturlałam się do biurka. To było straszne. Obiecałam sobie, że już nigdy nie zapomnę Nicki. Nigdy.

W dalszej kolejności totalne odmóżdżenie – 8h przy biurku: fejs, word, excel, fejs, outlook, excel, outlook, word, fejs. W koło Macieju, ciurkiem, do 17. Lenovo w torbę, podpis na karcie, trzask drzwi wyjściowych. Nogi jak z waty, palpitacje serca, urywany oddech – spacer na przystanek. Podjeżdża 503 (wcale nie), wsiadam. Miejsce przy oknie, po lewej, czoło na szybę. Babcia obok, prosi o potrzymanie torby. Potrzymałam. Usiadła. Wzięła torbę. Pyta: Czy wszystko dobrze? Nie. – odpowiadam. Kręci głową. Chcesz cukierka? – pyta znowu. Jakiego? – pytam w odpowiedzi. Miętus – informuje. Chcę. – biorę. Jak miło, jak miło, jak bardzo miło. Dojeżdżam do domu bez szwanku. Idę do sklepu, kupuję miętusy. I wino. Hihi. Mieszkanie puste. Komp on. Pierogi z truskawkami z Biedry. Głupi serial. Naczynia. Wino, jedna lampka. Tel. do Yellowskiego. Cześć, jak się masz, super, nic ciekawego, zjadłam, pierogi z Biedry, nie wiem z ilu biedronek, nic, w domu, ja ciebie też, buźka, pa. Wino, druga lampka. Myju, myju. Godz. 20. Idę spać.

Też tak macie, hm?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz