wtorek, 24 marca 2015

Wczoraj po pracy.

Wczoraj po pracy umówiłam się z psiapsiółką na podbój miasta, byleby do 20 i bez szaleństw, po jutro na 9. Psiapsiółka jak to ma w zwyczaju, oczywiście się spóźniała. Toteż marzłam sobie na Foksal i przeklinałam w duchu, że zachciało mi się uspołeczniania i że do dupy z czymś takim.

Obok stała babeczka. Codziennie tam stoi (wiem, bo codziennie tam jestem :/ odkąd Hanka mi most spaliła, żebym metrem jeździła, to robię jej na złość i jeżdżę przez Foksal). Stoi i rozdaje ulotki. Nie wiem jakie, nie czytam, chociaż zawsze biorę. Wyrzucam 20m dalej do kosza. Bo po co mi? Ale biorę. Z braku laku i przystojniaków do obczajania, gapiłam się na tę babeczkę jak jakaś niekrofilka na głodzie. I wiecie, kochani czytelnicy, których mam na pęczki, co zaobserwowałam? Otóż! Na średnio 10 osób przechodzących obok babeczki, ulotkę wzięło 1.5 osoby! Serio, 1.5. Jeden i pół! Żartuję, wcale nie liczyłam. Ale pewnie gdzieś z tyle. 

Aż się zagotowałam normalnie, patrząc na tych zblazowanych warszawiaków. Szlachta na salonach, psiamać. Ciężko im rękę wyciągnąć, wziąć tę pieprzoną ulotkę i wyrzucić 20 m dalej. No ciężko. Dupki żołędne. 

Jak mnie to wkurza niemiłosiernie. No nie mogę, jeny. 

Czy wy sobie zdajecie sprawę, łajzy jedne, jaka to ciężka i niewdzięczna robota jest? Stać jak kołek kilka godzin, często w niesprzyjających warunkach atmosferycznych, robiąc coś totalnie bezwartościowego (no bo wysokich lotów marketing to to nie jest, nie oszukujmy się) i to jeszcze za psie pieniądze? Jestem pewna, że rozdawanie ulotek pracą marzeń tej kobiety nie jest. Ba! Paznokcia dam sobie uciąć, że podjęła się jej tylko dlatego, bo nie ma innego wyjścia. Może ma chorego syna? Może na leki z lichej emerytury nie starcza? Może, może. Może na wódkę wyda. Ale nawet jak wyda, to co z tego? Zarobiła, niech wydaje, jej prawo. Wolicie, żeby na przystanku żebrała? Nie sądzę, przecież z was tacy miejscy esteci, cholera jasna. Chodnik ma być równy, trawka przystrzyżona, ale pies niech sra gdzie popadnie,  w końcu podatki płacę, to Zarząd Sprzątania Miasta kupkę usunie. 

Jakżeż mnie to drażni, gad demyt. 

Na miejscu tej kobiety czułabym się jak trędowata, bez godności, bo tak była przez większość traktowana. Nawet nie jak powietrze, a jak przeszkodę na drodze, mimo że nachalna nie była. Nie wciskała na siłę tych ulotek, skąd, stała sobie ino z wyciągniętą dłonią. Kto chciał wziąć, ten brał. I ja też wzięłam. Wiecie, co mi powiedziała? Co mi mówi każdego dnia, gdy sięgam po tę durną ulotkę? Mówi: dziękuję Pani bardzo. I mówi to z faktyczną wdzięcznością.

Masowo lajkujecie te posty na fejsie o głodujących dzieciakach w Afryce, co oczywiście jest pomocą żadną i tylko was ośmiesza, ale już pomóc prawdziwemu człowiekowi to nie, bo jestem lepszy i niech se baba stoi, jak innej pracy znaleźć nie może, przekupa jedena, wstyd mi za rodaków, tfu, wyjadę na wyspy, tam kulturalniej. 

Okropni z was ludzie. Paskudni strasznie! Bez względu na to, co robicie w życiu i ile podatku oddajecie na potrzebujących, jeśli nie bierzecie ulotek, jesteście brzydcy duchem i was potępiam. 

Dzięki za uwagę. Ciuus.

Na rozgrzewkę

No dobra, to ćwiczymy swój talent literacko - sracki! Yeeey!

O czym by tu... O seksie. To się sprzeda. I o facetach? Facetach uprawiających seks? Banał. Facetach uprawiających seks w związku? Facetach uprawiających seks w długim związku? Facetach uprawiających seks w za długim związku? Niiiieeeee. O babach uprawiających seks w za długim związku? To zbyt intymne. Wyjdzie, że piszę o sobie, a o sobie to ja nie chcę. Więc odpada.

Jeny, chcę pisać o czymś zabawnym, nooo.

Albo o czymkolwiek w sumie.

Myśl! Myśl!

Wiem! Napiszę o czymś, co mnie tak wkurwia, że normalnie no nie mogę, no. O ludziach napiszę. Takich wkurwiających.

Was też wkurwiają wkurwiający ludzie? Jeśli tak, to piąteczka.

Co mnie wkurwia najbardziej?

Ludzie, którzy nie biorą ulotek. 

Czemu jesteście takimi chamami, że nie weźmiecie tej zasranej ulotki od babuleńki stojącej 9h na zajebistym mrozie i chociaż trochę nie ułatwicie jej marnego życia? Czemu, do jasnej cholery?! Mój ograniczony rozum nie jest w stanie tego ogarnąć. Co to za wysiłek? Wziąć i wyrzucić w najbliższym koszu? To dla Was takie trudne? Naprawdę? Dupki.

Wiecie jaka to jest niewdzięczna robota? Stać jak kołek kilka godzin, często w niesprzyjających warunkach atmosferycznych, robiąc coś totalnie nieambitnego i to jeszcze za psie pieniądze. Takich prac chwytają się ludzie, którzy naprawdę potrzebują kasy. Bo często emerytura za mała i na leki nie starcza, a w wieku 70 lat nigdzie indziej nie przyjmą. I fakt, krzyż ledwo daje radę, nogi bolą jak diabli, ale w końcu żyć za coś trzeba. Bo dopiero przyjechali do kraju z jakiejś białoruskiej wsi, języka nie znają i nikt ich nie chce zatrudnić. Dobra, to mogą być nawet żule, którzy zarobione pieniądze wydadzą w najbliższym monopolowym na tanie wino. Ale co z tego? Wolelibyście, żeby żebrali na przystankach? Jak zarabiają, to niech robią z tymi pieniędzmi co im się żywnie podoba. Ich prawo.

A wy, do cholery, uszanujcie to i sięgnijcie po tę durną ulotkę! Gdy to robię, nieraz słyszę w odpowiedzi "dziękuję Pani bardzo". Tak, Ci ludzie naprawdę to doceniają, bo takich jak ja trafia się naparstek, a oni mają założone cele. Jeśli nie rozdadzą określonej liczby ulotek, wywalają ich. Sami do kosza też nie podejdą i nie pozbędą się nadmiaru, bo ich obserwują. W końcu pracodawca płaci za pracę, a nie za cwaniakowanie, wiadomo.

Przestańcie więc zachowywać się jak szlachta na salonach i pomóżcie drugiemu człowiekowi. Nic was to nie kosztuje. Dosłownie. Nic. Oni zazwyczaj stają przy koszach, żeby Wam ułatwić robotę.



poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Trochę więcej empatii, ludzie!



Generalnie chodzi o to, że nie lubię ludzi. Trochę się ich nawet boję. Tacy są… różnorodni, nieprzewidywalni, dziwaczni i wo’gle . Nie wyczujesz człowieka, ni cholery. Jeden ci podziękuje, gdy mu ustąpisz miejsca w autobusie, inny na ciebie warknie.

Na przykład dzisiaj. Stoję sobie grzecznie w kolejce do kasy, obładowana zakupami. Patrzę, wnet podchodzi babeczka z batonem. No to z uśmiechem na twarzy, gestem przyjacielskim i wzrokiem ciepłym, rzeczę: „Droga Pani, z najniższą krajową i przetłuszczonymi włosami, styrana życiem i naznaczona siatką rozstępów, niechże Pani przejdzie przede mnie, bom zakupami obłożona i chętna dobry uczynek uczynić, zgodnie z nauką Pitagorasa, że skoro nie wiadomo, to lepiej pomóc. Ależ proszę, proszę”. Na co babeczka, przeklęta krowa, babsztyl niewychowany, z wzrokiem obojętnym, usteczkami w linię poziomą ściągniętymi i gestem obrzydzenia, odpowiada: „No, bo mam tylko batona przecie” i przepycha tłusty tyłek przede mnie. Ani dziękuję, ani, że jaka pani miła, ani nie padnie na kolana z miłością i uwielbieniem, nic. Odwróciła się plecami i stoi. Myślę sobie, ostatni raz! I zlana ciepłym moczem zagryzam wargi. Pomyślałam oczywiście, czy by jej uwagi nie zwrócić, kultury nie nauczyć, z liścia nie strzelić, ale że jestem tchórzem, to tylko zrobiłam jej marchewkę na odchodne, za co oczywiście przeprosiłam.

Nie wyczujesz człowieka, ni cholery.

Jednak najbardziej to nie znoszę, gdy każą mi włazić pomiędzy nieznajomych ludzi i się zapoznawać. Jeny.
„Cześć, to moja dziewczyna – Louis (wcale nie), a to są moi znajomi z pracy:
Kasia
Basia
Zosia
Srasia
Mati
Kami
Seba
i Piotrek.
Poznajcie się.”

I ja jak ta lebiega ostatnia, podchodzę do każdego i mruczę „cześć, hej, miło mi, Louis (wcale nie), hej, cześć”, w międzyczasie czując, jak mi mózg wyparowuje i godność się ulatnia. Owszem, w: „hej wszystkim, mam na imię tak i tak” jest zero godności. Zero. Potem staję jak kołek pod ścianą (gdy się jest pozbawionym godności, przychodzi to o wiele prościej), a wszyscy zerkają na mnie z ukosa, jakbym była trędowata, demonstrując mi, kto w tym stadzie jest wodzem, a kto ofiarą. Ja ofiarą, oczywiście. Co najpierw? Udko? Pośladek? A może pierś? Zacznijcie od piersi, godności i tak już nie mam.

Gadają między sobą w najlepsze, o pracy, rzecz jasna, czyli dokładnie o tym, o czym pojęcia nie mam. Wspominają ludzi, których nie znam i śmieją się z historyjek, o których nie słyszałam. Matko, broń. Czy oni to robią specjalnie? Sobie myślę. Dziwne, że jeszcze nikt nie obsikał kąta, w którym stoję, zaznaczając tym samym terytorium i ofiarę.

W głowie mi huczy, w ustach flaczeje, czuję się poniżona, zgwałcona, odtrącona. Marzę o jakimś pytaniu, jakimkolwiek, wszystko jedno. Gdyby ktoś mnie zapytał o ostatni orgazm, o to, czy golę strefy intymne, albo czy lubię anal, byłabym najszczęśliwszą osobą w towarzystwie. Niestety wszyscy mają mnie w dupie, jednocześnie czując palącą satysfakcję z tego, jak bardzo cierpię.

I nagle podchodzi mój chłopak z zatroskaną miną i pyta : Czy wszystko w porządku, Louis (wcale nie)? Jesteś taka milcząca.
Ręce opadają i ciągną się za człowiekiem, jak dwa ślimaki bez skorupek.
Ja bardzo przepraszam, ale co mam zrobić? Wyjść na środek nie zważając na podstawowe zasady savoir vivre i przejąć inicjatywę?

Cześć! Tak, to ja, Louis (w.n.). Przed chwilą się poznaliśmy, pamiętacie? Widzę, że żadne z was nie chce ze mną gadać, ale to nic nie szkodzi. Pozwólcie, że to ja przejmę pałeczkę, bo chłopak się niepokoi, że czuję się jakaś wyobcowana, czy coś. Mam 21 lat (nieprawda). Tak, tak, piękny wiek, wiem. Studiuję sobie. A wy pewnie zachodzicie w głowę, co. A powiem wam. Polonistykę! Tak, wiem, nie musicie nic mówić, mało przyszłościowy kierunek, ale ja i tak jestem parszywym leniem, więc czy polonistyka, czy medycyna, i tak będę doły kopać. Fajną mam bluzkę, nie? Trochę ufajdałam budyniem, ale prawie nie widać. Okazja. Na Szembeka za 2 dyszki. Pan Franek najlepsze ciuszki sprowadza. Oryginalne. Polecam”.

Po przybliżeniu życiorysu, kilku anegdotkach o moim kocie (psie) i wyniosłym monologu na temat stosunku do aborcji, stwierdzam, że już się znamy jak łyse konie i mogę ich dodać na fejsie.

Tak to ma wyglądać, przepraszam bardzo? Drogie społeczeństwo, tego oczekujesz?

Trochę empatii, ludzie. Wiecie co to, u licha, jest empatia? Potem wychodzi ta cała banda na fajka i mówi : „E, wy, trochę dziwna ta dziewczyna Yellowskiego, nie? Nic się nie odezwie, tylko gapi się jakby chciała komuś krzywdę zrobić. Pojebana jakaś, co nie?”

Jeny, jak ja was nienawidzę.




piątek, 15 sierpnia 2014

Też tak macie?



Zdarza wam się czasem rozmawiać ze sobą? W głowie? Patrząc na migawki sunącego miasta za oknem autobusu linii obojętnej? Mnie się zdarza. Czasem toczę dialogi, czasem monologi, w rezultacie prologi, epilogów nigdy. Na epilog jestem za mało konsekwentna.

Gdy toczę dialog, rozmawiam ze sobą po linii prostej: pyt. – odp. Ja nr 1 i Ja nr 2. Kłócę się, wyprowadzam z błędu, tłumaczę, przedrzeźniam. Samą siebie. Gdy toczę monolog, w mojej głowie pojawia się Empik na Marszałkowskiej. Moja skromna osoba czyta prolog. Popijam zdania wodą i kątem oka zerkam na słuchaczy. Sprawdzam, czy rozumieją. Nie rozumieją. Sama nie rozumiem. A skoro nie rozumiem, to szukam kogoś, kto zrozumieć pomoże (w domyśle – siebie). Wychodzi dialog.

I wtedy dzieje się rzecz całkowicie niesamowita. Koło się zatacza. Mój dialog jest niespójny, argumenty się implikują, powstaje logiczny pat. W końcu to jeden umysł, jedno źródło, nie ma złotego środka, mamy win-win. Wtedy potrzebna jest opcja trzecia, czyli Ja nr 3. Niby wybawienie, a w rzeczywistości straszny kant, bo gdyby to pociągnąć dalej, doszłoby do win-win-win. Error 409. Na szczęście mój mózg i tak nie byłby w stanie tego znieść, więc nie ma problemu. Powstaje monolog. Ja nr 1 i Ja nr 2 jesteśmy spychane w podświadomość, zamykane na klucz, pozbawiane głosu. Monolog płynnie przechodzi w prolog (Empik, woda, fani). Na prologu zazwyczaj się kończy, bo żaden autobus miasta nieistotnego nie ma wystarczająco długiej trasy. Do epilogu nie dobrniemy więc nigdy, prędzej do nekrologu.

Czasem próbuję się uwolnić, odpiąć synapsy i gapić się w przestrzeń nie widząc nic. Nie wychodzi. Wtedy zaglądam w książkę, ale okazuje się, że książka to bodziec, bo zmusza do myślenia, do analizy. Nie tylko spina synapsy, ale i podlewa je tauryną. Odpada. Włączam muzykę. Jakąś strasznie słabą, głupią, popową. Nicki Minaj. Synapsy się rozluźniają, źrenice wracają do normalnych rozmiarów, mózg się wycisza, można by nawet odnieść wrażenie, że wyłącza. Dzięks, Nicki Minaj. Dzięks.

Wczoraj niestety zaspałam. Wystrzeliłam z mieszkania jak z procy, nie wzięłam telefonu. Nie ma tel., nie ma muz. Wzięłam książkę (Karpowicz „Balladyny i Romanse”, super fajna, polecam). Mózg się obudził, podlał literacką kawą, zabrzęczał, wrzasnął. Ledwo dojechałam do pracy. Wykończona, z załzawionymi oczami, w szoku, resztkami sił doturlałam się do biurka. To było straszne. Obiecałam sobie, że już nigdy nie zapomnę Nicki. Nigdy.

W dalszej kolejności totalne odmóżdżenie – 8h przy biurku: fejs, word, excel, fejs, outlook, excel, outlook, word, fejs. W koło Macieju, ciurkiem, do 17. Lenovo w torbę, podpis na karcie, trzask drzwi wyjściowych. Nogi jak z waty, palpitacje serca, urywany oddech – spacer na przystanek. Podjeżdża 503 (wcale nie), wsiadam. Miejsce przy oknie, po lewej, czoło na szybę. Babcia obok, prosi o potrzymanie torby. Potrzymałam. Usiadła. Wzięła torbę. Pyta: Czy wszystko dobrze? Nie. – odpowiadam. Kręci głową. Chcesz cukierka? – pyta znowu. Jakiego? – pytam w odpowiedzi. Miętus – informuje. Chcę. – biorę. Jak miło, jak miło, jak bardzo miło. Dojeżdżam do domu bez szwanku. Idę do sklepu, kupuję miętusy. I wino. Hihi. Mieszkanie puste. Komp on. Pierogi z truskawkami z Biedry. Głupi serial. Naczynia. Wino, jedna lampka. Tel. do Yellowskiego. Cześć, jak się masz, super, nic ciekawego, zjadłam, pierogi z Biedry, nie wiem z ilu biedronek, nic, w domu, ja ciebie też, buźka, pa. Wino, druga lampka. Myju, myju. Godz. 20. Idę spać.

Też tak macie, hm?



środa, 13 sierpnia 2014

Ewolucja.



Warszawa jest specyficznym miastem. Ogrom przeróżnych ludzi mijanych ulicą sprawia, że nawet osoba mieszkająca tu od urodzenia od czasu do czasu czuje się wyobcowana. Tutaj nie da się być alternatywnym, nie da się być oryginalnym, zawsze znajdzie się ktoś bardziej naj.

Czy mi to przeszkadza? Ani trochę. Co więcej, podoba mi się. Lubię różnorodność, lubię inność, lubię obserwować.

Ostatnio wybrałam się do znanych wszystkim Warszawiakom złotych tarasów. Na holu miał wówczas miejsce jakiś dziwaczny pokaz mody, prowadzony przez chuderlawą Burzyńską, który, tak naprawdę, nie przyciągał żadnej widowni. Biedaczka gadała i gadała, męczyła się, powtarzała i jednocześnie mówiła do samej siebie. Kupiłam kawę, usiadłam tyłem do całego show, z jednej strony słuchając nieszczęsnej Kasi i podziwiając jej niemałą, skądinąd, elokwencję, z drugiej obserwując, mężczyzn głównie.

Pierwsza myśl, która przewinęła mi się wówczas przez głowę, brzmiała mniej więcej: "na Boga! no ale gdzie Ci mężczyźni?!" Ano właśnie. Nie ma.

Kobiety często narzekają, że coraz trudniej spotkać prawdziwego faceta z krwi i kości, że zamiast twardego marmuru ociekającego testosteronem, dostają rozmemłane podróbki, karykatury kobiet, paskudne, wyperfumowane namiastki mężczyzny. W galeriach handlowych takich panów na pęczki, w końcu gdzieś trzeba się stylizować.

Czy ich piętnuję? A skąd. Czy mi przeszkadzają? Ani trochę. Czy chciałabym mieć takiego w łóżku? Ni cholery.

Oglądając coraz to nowsze stylizacje na męskich tyłkach, zaczęłam się zastanawiać... dlaczego. Dlaczego panowie tak bardzo się do nas upodabniają? Czasu na rozmyślania miałam wówczas sporo i doszłam do następujących wniosków, którymi chciałabym się teraz podzielić z internetem.

Mianowicie.

To kwestia ewolucji jest, mhm. Tylko i wyłącznie. No jak mi Bóg miły. To zagadnienie czysto biologiczne.

Mężczyźni są silniejsi od kobiet, lepiej zbudowani, bardziej logiczni i zdecydowani. Posiadanie takich cech wymusiła na nich natura.Kiedyś facet, żeby zapewnić rodzinie byt, łapał za dzidę i szedł upolować prosiaka, jechał w pole i orał 5 dni, żeby potem 2 dni sadzić kartofle, stawiał dom dźwigając pustaki i własnoręcznie mieszając zaprawę. Dzisiejsza rzeczywistość nie wymaga już od mężczyzny takich poświęceń. Dzisiaj dobrze zbudowanego faceta spotykamy na kasie w Tesco. Nastąpił konflikt, a mężczyźni, którzy już nie potrzebują takich przymiotów, jakie jeszcze 100 lat temu były im konieczne, zaczęli ewoluować. I powoli przeistaczają się w kobiety.

Tak więc nie śmiejcie się z panów z zaczeskami, w skórzanych bucikach, w bluzeczkach w serek, przez które prześwitują sutki i w rurkach opinających skrzętnie ich coraz to mniejsze klejnociki. Są oni obecnym szczytem ewolucyjnym mężczyzny. Ci się już podporządkowali naturze. Z biegiem czasu zaczną i inni.

Konkluzja?

Drodzy panowie, którzy nadal za prawdziwych mężczyzn się uważacie, miejcie się na baczności. Wasz koniec jest bliski.


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Love sucks.


I jeśli ma się chociaż odrobinę rozsądku, winno się trzymać od niej z daleka. Nie ma bowiem szczęśliwej miłości, bo każdy, najdrobniejszy zgrzyt między zakochanymi jest bólem nie do zniesienia, ukłuciem spinającym wszystkie mięśnie i ściskającym gardło. Zwykła sprzeczka staje się przejściowym końcem świata, a podniesienie głosu lawiną smutku przecinającą na wskroś. I jak tu wytrzymać w takiej rzeczywistości? Miłosna sielanka co jakiś czas zakłócana jest otchłanią piekielną, która daje ci się we znaki tak bardzo, że chcąc nie chcąc, w końcu sprowadzasz ją na siebie mimowolnie, w dodatku z coraz to większą częstotliwością. Kłótnie się nasilają, a ty coraz bardziej słabniesz. Błędne koło, które nie przestaje się kręcić. A co, jeśli jesteś słabeuszem? Rezygnujesz z chwil sielanki, bo chwile piekła cię wyżerają, osłabiają i powoli uśmiercają. Tylko że rezygnacja, moi drodzy, to nic innego, jak zejście po osmolonych schodach w dół i oznajmienie "wygrałeś, mroku. a teraz mnie zjedz". I je. Po kawałku. Z początku gryzie zawzięcie, szybko i boleśnie, bo tylko czekał, aż pojawisz się w zasięgu jego macek. Lecz z biegiem czasu zacznie się tobą nudzić, przejesz mu się, odstawi cię na bok, a ból przygaśnie. Jednak nigdy o tobie nie zapomni, pamiętaj. Zawsze będzie mógł powrócić i pobawić się tobą, bo przecież każdy lubi od czasu do czasu sięgnąć do pudełka z rupieciami i powspominać.

Miłość nie istnieje, chyba że to, co nazywamy miłością, nie niesie ze sobą pełni szczęścia. A przecież o to chodziło, nie? Miłość miała być szczęściem.


niedziela, 10 sierpnia 2014

Fuck.



Jestem kobietą i nie rozumiem tych podziałów, różnic, granic pomiędzy tym, co nam wolno, a czego nie wypada. Nie będę tu generalizować, lecz skupię się na konkretnym zjawisku, które mnie nie tyle drażni, co po prostu śmieszy.

Kwintesencją przeklinania jest to, że wyraża masę emocji, nie tylko tych negatywnych, ale i jak najbardziej pozytywnych. Niestety ta wyborna słodycz, która nieraz goi nasze zszargane nerwy, jest zabroniona, przede wszystkim nam, kobietom. Niewiasta posługująca się tak plugawym językiem jest od razu spisywana na straty. 

Przekleństwa kobiet godzą w poczucie estetyki mężczyzn, budzą w nich niesmak i pogardę, mimo że przecinkowa "kurwa" sama w sobie nie jest im obca. 

Jednak to, że panowie nie lubią, gdy kobieta popierdala z kurwą na ustach, nie zmienia faktu, że ona, jak wykwintną damą by nie była, czasem ma ochotę i potrzebę tak sobie ponapierdalać.


So deal with it, man.