piątek, 8 sierpnia 2014

To, co nas podnieca.


Warszawa.

Stolica.

Stereotypowo określana jako największa polska wieś. Wieś ze szkła i stali, asfaltu i betonu, pełna spalin, żuli i spoconych biznesmenów. Wieś, do której gawiedź przyjeżdża, bo studia, bo praca, bo pieniądze. Bo sukces.

Przyjechałam i ja.

Prawdziwy sukces, jak wynika z samej jego definicji, winien być opłakany bólem, trudem i poświęceniem, inaczej żadną miarą nie mamy do czynienia z sukcesem prawdziwym, lecz pozornym,  osiągniętym tylko dzięki parszywemu szczęściu niegodziwca urodzonego w złotym czepku. Dla pocieszenia, głównie tych ambitnych, definicja mówi także, że owy sukces (pozorny) jeśli nie minie jutro, minie pojutrze.
Definicje nie zawsze są zgodne z prawdą, ale to fakt niekoniecznie faktyczny, bo z definicjami się przecież nie polemizuje. Wszyscy to wiedzą.

Niepodważalność prawd oczywistych nie zawsze jest jednak dla nas na tyle oczywista, żeby nie snuć marzeń o sukcesie nagłym, łatwym i wielkim. Każdy z nas zamykając wieczorem oczy widzi siebie w otoczce mniej, lub bardziej realnej, ale na pewno nakreślonej gigantycznym sukcesem. Bo właśnie taki jest nasz wspólny mianownik, moi mili. Sukces.

Znacie kogoś, kto sukces osiągnął? I to na tyle okazały, że teraz jedynym zmartwieniem owej persony jest dylemat, w co zainwestować? Czwarty samochód, czy domek pod Warszawą? A może jedno i drugie?

Ostatnio poznałam taką osobę.
Bogatą, elegancką, wiedzącą. Oraz na tyle uczynną, że skłonna była dać mi kilka wskazówek odnośnie mojego przyszłego sukcesu, mniej lub bardziej realnego, wiadomo.

Jak to bywa wśród tej właśnie sfery społecznej, uciemiężonej, po wielu przejściach, z plecakiem rad i garbem od jego dźwigania, opowieści o zawiłej drodze do upragnionego szczęścia są głównym tematem do rozmów z plebsem.  Zostałam więc uraczona rozmową mentorską, podług której, uwaga (!), jeśli sukces chcę osiągnąć, czeka mnie od 12 do 16 godzin wytężonej harówy dzień po dniu, znaczne ukrócenie życia towarzyskiego (bo o facecie to już teraz mogę zapomnieć) oraz łapanie każdych 5 minut, które spłynęły na mnie niespodziewanie ze sfery niebiańskiej, co, rzecz jasna, powinnam nie tylko odnotować w kalendarzu, ale i uświęcić ołtarzykiem okropionym własnym potem i krwią. Ku chwale cholera wie czego. Ach tak. Szansy. Na sukces.

Muszę się też liczyć z tym, że czasem nie będzie co do garnka włożyć, że oczy będą wyglądać jak dwa węgielki, a w żyłach zacznie płynąć uświęcona smoła zamiast krwi. Muszę się liczyć z krytyką, z nieprzychylnymi spojrzeniami, z zazdrością, niezrozumieniem. Będę upadać, ale muszę wstawać. Wstawać i biec. Byleby nie na oślep, bo to bez sensu. No przecież.

„Tu jest Warszawa, tu takich jak ty jest tysiące. Wykaż się czymś ponad, bo inaczej zmarniejesz, a potem zgnijesz w bezimiennym grobie.
Nie to, co ja.”

Ukłoniłam się, podziękowałam za nieopisaną pomoc i odeszłam zdołowana. Że niby mam rzucić chłopaka, sobie myślę, i przestać spać po 10h? Absurd! Widocznie się do sukcesu nie nadaję, to nie moja bajka, nie moje klocki, a zapomniane groby są niesamowicie inspirujące po zmroku, nieprawdaż? No właśnie. Da się żyć. 

Albo i się nie da. No bo w końcu nie po to Warszawa, zupełnie nie po to. Warszawa. Bo sukces. Tak miało być.

Jednak nie będzie to sukces osiągnięty podług zasad wydumanego bogacza w szaliku, który swój żywot opisuje na tyle dramatycznie, że spokojnie mogłabym ten obrazek porównać z widokiem rozczłonkowanych ciał noworodków porozrzucanych po warszawskich polach rolnych. Życie to nie bajka, więc nie ubarwiajmy, ale i nie dramatyzujmy.
A ja, kurde blade, sukces osiągnąć planuję, ale po swojemu. Z chłopakiem. Po całonocnym seksie. I odrobinie snu.





czwartek, 7 sierpnia 2014

Dziś piję wodę z kieliszka.


Stoję na balkonie i palę. Nigdy tego nie robiłam, bo ani niezdrowe, ani niesmaczne. Jednak palę. Nikotyna wnika w pień mózgowy, a dym w dłonie i włosy. Stoję, palę i myślę. Zastanawiam się, czy mam coś do powiedzenia. Chyba mam, bo w końcu każdy ma. Że prezydent nie taki, że ksiądz głupoty gada, że kwiatki na osiedlu brzydkie posadzili, że w autobusach klimatyzacji nie włączają, że drogi dziurawe, a chodniki krzywe, że ścieżek rowerowych za mało, biedronek za dużo, a naród obłudny.

Chyba warto mówić, co się ma do powiedzenia, mimo że to mało ważne i nikogo nie obchodzi, bo to oczyszcza. Przynajmniej tak mnie uczyli.

Pytanie tylko, czy warto o tym pisać? Blogi wyrastają teraz jak grzyby po deszczu, jedne mają ładną szatę graficzną i nic poza tym, drugie ładną polszczyznę, ale sensu za grosz, inne błędy, ale spory potencjał. Są blogi poczytne, ale nie wiadomo dlaczego, są zapomniane, a warte przypomnienia, są nieczytane, a przepełnione sensem.
Wszyscy teraz piszą, mimo że mało kto umie. Wszyscy mówią, mimo że mało kto wie o czym. Wszyscy czytają, ale nie to, co trzeba.
Następuje kulturalna degradacja, bo każdy może. Teatr to już nie teatr, kino to multipleksy, a książki to pornole na papierze. Kto sięga głębiej, kto chce więcej, kto stara się ambitniej, ten zadufany w sobie, ten pseudofilozof, który nie dla siebie, a na pokaz.
Każdy szufladkuje i każdy jest zaszufladkowany, dlatego nie warto przejmować się opiniami, nawet jeśli faktycznie do owej degradacji się przyczyniamy. Spoko, normalka.

Ja oczywiście z góry przepraszam.






środa, 6 sierpnia 2014

Hello! Poznajmy się!


Cześć. Mam na imię Mika (kłamię, wcale nie) i pochodzę z niewielkiej miejscowości w woj. Lubelskim (co za bzdura). Mam 25 lat (mniej) i studiuję polonistykę (akurat prawda). Założyłam bloga, bo… Sama nie wiem. To chyba nie ma znaczenia. Pomińmy. Mam kota (psa) o imieniu Puszek (Mordor), który jest już stary i zdziczały. Kocham go (tak naprawdę mam stosunek obojętny, rzadko go widuję). Planów na przyszłość brak (poza piciem wina i zarabianiem dużych pieniędzy), chłopaka żadnego (pozdrawiam, Yellowski!), kasy niewiele (wina z Biedry do 13 peelen). Stosunek do Holokaustu – światowa tragedia, do Kościoła – gdyby piekło istniało, trafilibyście tam razem z inkwizy… tfu! akwizytorami i ludźmi wymuszającymi pierwszeństwo na drogach. Ulubiony kolor – transparent, muzyka – disko polo (jestem patriotką, największą wtedy, gdy można rzucić Mołotowem w innego patriotę). Nie mam rodzeństwa (mam), ani przyjaciół (też mam). Jestem aspołeczna (bzdura) i kocham Goslinga (przecież on nawet nie jest przystojny). Mam nadzieję, że się polubimy. Kłaniam się, M.